Miejsca i historie, które zasługują na swoją własną powieść
​lub przynajmniej na jej znaczną część.

Królestwo Tysięcy Głów - Isabel Fuentes Guerra
Powrót

Królestwo Tysięcy Głów

O zaczarowanych zamkach wiemy chyba wszystko to, co wiedzieć powinniśmy. Najpierw nam o nich czytano, potem każdy z nas chciał taki zamek mieć na wyłączność i najlepiej mieszkać w nim tylko ze służbą, aż w końcu z biegiem czasu nasze ambicje wzrastały i nagle zapragnęliśmy rządzić całym królestwem. Kiedy jednak okazało się, że posiadanie własnego zamku jest raczej mało prawdopodobne, a otrzymanie tytułu Jego lub Jej Wysokości jeszcze mniej, większość z nas postanowiła zadowolić się kawalerką w dużym mieście lub ewentualnie jakimś domkiem na wsi.
Nie wszyscy jednak tak łatwo rezygnowali ze swoich marzeń. Znaleźli się bowiem i tacy, którzy bez względu na okoliczności panujące w świecie zewnętrznym, decydowali się na kroki niebywałe. Jednym z takich ludzi był Filippo Bentivegna, który pewnego pięknego dnia postanowił odizolować się od reszty społeczeństwa i na nowo zakupionym, wiejskim terenie w okolicach miasta o nazwie Sciacca (na Sycylii) wybudować swoje własne królestwo.

Jako że miał do dyspozycji wyłącznie mały dom z jednym zaledwie pomieszczeniem w środku, budowanie zamku jako takiego postanowił odłożyć na później. W pierwszej kolejności zajął się tworzeniem sobie podwładnych. W znajdujących się na terenie posiadłości kamieniach zaczął wykuwać twarze. Były to twarze ludzi, których znał, z którymi rozmawiał, do których czuł sympatię lub których nienawidził. I wykuwał te twarze przez kolejne 35 lat, aż w końcu na podwórzu zabrakło mu kamieni. Los jednak był tak łaskawy, że dostarczał mu materiał w postaci groty, która znajdowała się na terenie posiadłości i z której Filippo Bentivegna mógł wydobywać kamienne bloki, by następnie je rozbijać i tworzyć sobie nowych podwładnych.

Każdej postaci nadawał imię, nazwisko, przydzielał rodzinę, aż w końcu nadawał jej odpowiedni status. Mówi się, że wykuł ponad 20.000 twarzy, z których każda jest zupełnie inna. Twarze swoich podwładnych wykuwał nawet na drzewach. Czuł się panem i władcą w każdym tego słowa znaczeniu. Kiedy któryś z jego sąsiadów przychodził do niego w odwiedziny, kazał nazywać się Jego Królewską Mością.

Filippo Bentivagna nie był do końca zdrowy. Podczas kilkuletniego pobytu w Stanach Zjednoczonych (do których emigrował, by uciec przed służbą wojskową), doznał bardzo silnego uderzenia w głowę, czego rezultatem stały się jego późniejsze zaburzenia. W Stanach Zjednoczonych uznano go za nieproduktywnego i niezdolnego do pracy, a następnie odesłano z powrotem do Włoch, gdzie z kolei czekał na niego wyrok sądowy w postaci 3 lat więzienia. Ze względu na swój stan i silne zaburzenia, kary tej nie mógł odbyć. Uznano go za chorego psychicznie, ale nie niebezpiecznego dla społeczeństwa. Został więc zwolniony i pobłogosławiony na odchodne. To właśnie wtedy zamknął się w swym królestwie i zaczął tworzyć świat, który należał wyłącznie do niego.

Jako że Filippo Bentivegna był człowiekiem niewykształconym i zupełnie nieprzygotowanym do pracy z punktu widzenia artystycznego, lecz pomimo tego tworzył i wychodziło mu to całkiem nieźle, mówi się, że jest przedstawicielem tzw. Art Brut, czyli sztuki wykonywanej bez potrzebnego przygotowania. Jego rzeźby nigdy nie zostały docenione wtedy, gdy żył. Zainteresowano się nimi dopiero na długo po tym, jak umarł. I choć w pamięci okolicznych mieszkańców na zawsze pozostanie jako „szaleniec Filippo”, nikt nie odbierze mu tytułu Jego Królewskiej Mości panującego w Królestwie Tysięcy Głów.    

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o